Od dwóch lat mieszkam w akademiku. Życie w nim nie zawsze bywa
idealne. Jest to zbiorowisko większej ilości młodych ludzi. Dużo zależy też od
współlokatorów w mieszkaniu. Tutaj pod tym względem jest w miarę dobrze,
ponieważ mieszkam z trzema koleżankami dbające o higienę i porządek wokół
siebie. To dla mnie bardzo ważne, bo nie znoszę bałaganu i brudu. Gorzej jest w
łazience i kuchence znajdującej się na korytarzu. Przeważnie po weekendzie, gdy
nie ma pań sprzątających. Na końcu tygodnia w piątek rozpoczyna się życie
towarzyskie tu i ówdzie imprezy. Po takich hulankach łazienki wyglądają
paskudnie, a słowo brud nie odzwierciedla tego, co naprawdę widać. Toalety
zasyfione, umywalki poplute, na podłodze leżą przyklejone kawałki pasty do
zębów. Kafelki w dziwny sposób pomazane. Kuchenki notorycznie pozalewane i
przypalone. Studenci korzystając z tych pomieszczeń czują się anonimowi i nie
kiwną nawet palcem, by po sobie sprzątnąć. Na korytarzach stoją worki ze
śmieciami czekające cierpliwie do wyniesienia. Jednym słowem niedziela
wieczorem, to widok strasznego chaosu. W poniedziałek wielkie wyzwanie dla pań
sprzątających. Wyszorowanie dwudniowego brudu wymaga nie lada wysiłku. Nie
powiem bardzo starają się doprowadzić akademik do stanu użyteczności. Nieraz
jestem ciekawa, jakich środków używają. Szorują dezynfekują toaletę, myją
krany, prysznic oraz wszystkich brudnych przedmiotów napotkanych na drodze. Trudna
też jest do opanowania przypalona kuchenka. Uwijają się jak pszczółki, by
nazajutrz te same czynności z powrotem wykonywać. W akademikach jak wiadomo
różnie bywa. Jednak nie można generalizować i przesadzać. Każdy akademik musi
trzymać się wyznaczonych standardów. Na korytarzach, w łazienkach, czy w kuchni
nie może być brudno. Z takiego powodu, iż kierownictwo mogłoby mieć problemy z
sanepidem. Nasuwa się prosty wniosek, że przebywając w akademiku trzeba
zachowywać porządek i traktować go jak własny tymczasowy dom.