piątek, 12 grudnia 2014

Wielkie pranie.

Wiele znajomych mi osób wymienia pranie na początku listy swoich ulubionych zajęć związanych ze sprzątaniem domu. Przyjemność sprawia nam obserwowanie, jak nasze brudne ubrania zamieniają się w pachnące świeżością pranie. Nie bez znaczenia jest również fakt, że ta magiczna przemiana dokonuje się w pralce bez większego udziału z naszej strony. Dziś napiszę wam o tych niewielu czynnościach, które nam pozostały do wykonania po wynalezieniu pralki.

Niedomykający się kosz na brudną bieliznę to znak, że czas na pranie. Segreguję wtedy ubrania pod względem koloru, rodzaju materiału i wskazówek na wszywkach. Staram się nie mieszać ubrań jasnych z ciemnymi, bo grozi to nieodwracalnym zafarbowaniem tych pierwszych. Większość moich rzeczy nadaje się do prania w krótkim programie w temperaturze 40 stopni Celsjusza, dzięki czemu oszczędzam wodę i prąd. W wyższych temperaturach, zazwyczaj 60 stopni, piorę bawełnianą pościel i ręczniki, które muszą być przecież szczególnie czyste. Do tkanin delikatnych, takich jak bielizna, firanki, obrusy czy rzeczy z jedwabiu, używam specjalnego programu w mojej pralce. Kolejnym etapem jest przygotowanie ubrań, czyli odwrócenie ich na lewą stronę i umieszczenie delikatniejszych rzeczy w specjalnej siatce zapobiegającej zadrapaniom. Kiedy brudne pranie jest gotowe, szukam odpowiedniego detergentu. Jestem mężczyzną praktycznym, który nie bawi się w dozowanie proszku, bo nigdy nie wiadomo, ile tak naprawdę potrzeba. Przed załadowaniem bębna wrzucam do środka kapsułkę piorącą i odkamieniacz w poręcznej kostce oraz wlewam nakrętkę płynu zmiękczającego do szufladki.

Teraz wystarczy już tylko włożyć pranie, zamknąć drzwiczki, wybrać program i włączyć pralkę. Wyprane ubrania strzepuję, by odzyskały kształt, rozwieszam na suszarce… no i mam wolne!