Jak na tego typu bloga przystało, nie będę pisywał tylko o
moich wyczynach ablucyjno – konserwujących, ale też przytoczę od czasu do
czasu, to, co napisali inni. Oto, co o sprzątaniu napisała Małgorzata Musierowicz
w swojej książce pt.: McDusia. „Zmywarka przestała działać, bo jej się zapchała
pompa. Babcia obciążyła winą dziadka (obraził się i poszedł sobie), po czym
zapędziła wnuków do sprzątania kuchni. Przez całe pół godziny Ignaś i Józinek
pracowali w kompletnej ciszy. To, że milczał Józef, było rzeczą zwyczajną.
Ignacy Grzegorz natomiast, po tej rewelacji z pocałunkiem, całkiem nietypowo
się zaciął i postanowił, że ani słówkiem nie muśnie nurtującego go problemu.
Nurtował on go jednak tak bardzo, że przy nim wszystkie inne problemy i tematy blakły,
toteż w gruncie rzeczy cierpiący Ignaś nie miał nawet, o czym mówić z kuzynem.
114
Józef sam wybrał
zmywanie; stwierdził, że to dopiero jest dynamiczne zajęcie (a pan poeta niech
raczej delikatnie pucuje szklaneczki czystą ściereczką). Nalał dużo gorącej
wody do zlewozmywaka, chlusnął detergentem, po czym rozebrał się do podkoszulka
i energicznie, z trzaskiem oraz hukiem, chlapiąc na wszystkie strony jak pies w
sadzawce, zaczął szorować naczynia oraz garnki. Ignaś płukał je na bieżąco w
drugiej komorze zlewu, po czym ustawiał na suszarce lub wycierał. Sprawnie im
to szło, tylko, że co chwila obijali się o siebie bokami lub łokciami. Józef, w
ferworze działania, nawet tego nie zauważał - parł w robotę jak czołg.
Natomiast w subtelnym Ignacym rosła z wolna irytacja. Każde bezceremonialne
szturchnięcie twardym łokciem powodowało w nim wzrost niezwykłej u niego
agresji; odbierał je, bowiem jak dotkliwe naruszenie własnej cennej odrębności.
Jak to poeta.
Na szczęście wreszcie skończyli; tyle że trzeba było
oczywiście przetrzeć wokół zlewu zalaną posadzkę i Józinek ochoczo złapał za
mopa. Z rozpędu plasnął mokrymi sznurkami po skarpetkach kuzyna i wtedy to
właśnie Ignacy Grzegorz poczuł, że przepełnia się w nim jakaś czara.
- Hej! -
zakrzyknął ostrzegawczo. - Nie możesz uważać? Kuzyn podniósł oblicze, pełne
pracowitego zapału.
- To weź
te platfusy - odparł krótko.
- Skąd mam
wziąć te platfusy i gdzie?
- Kawałek
dalej, lelosiu.
- Lelosiu!!!...
- Nie cierpię tego słowa!
- Co jest,
gwary poznańskiej nie lubisz?
- To ma
być słowo gwarowe?!
- Tak samo
jak miągwa.
- Leloś!
Miągwa! Dość mam tego! A ty co niby jesteś, wielki
macho, tak? - wypłynęło z Ignasia na fali goryczy to, co
właśnie
zamierzał ukryć.
-He? Ja? Jaki znów macho? - zdziwił się kuzyn i ponownie
chlapnął mu mopem przez skarpetki, obserwując, jak Ignaś
115
znów podskakuje.
Wyglądało to tak bardzo na działanie celowe, że w poecie wezbrała purpurowa
fala gniewu. Drań nawet nie wiedział, że jest macho!
-A podobno, jak
cię dziewczyna pocałuje,
to uciekasz
- prawda
to? - zawołał szyderczo, z drżącymi ustami.
Teraz wściekł się Józef. Przewracając wiadro oraz dwa
stołki, jednym skokiem znalazł się przy Ignacym i wcisnął mu kij od mopa pod
żebra.
- Coś ty
powiedział?!
-Weź to ode mnie, weź to ode mnie! - zaprotestował Ignacy
Grzegorz, czując, że pomyje znów mu kapią w klapki.
- Przebijesz
mi płuco! Płuco!! Płuco!!!
Ale kuzyn tylko wzmógł nacisk, pchając Ignasia mopem pod
ścianę i pomagając sobie przedramieniem drugiej ręki, przyłożonym do gardła
ofiary.
- Uciekam?!
- ryknął mu w nos. - Ta baba kłamie!
-Puść! - zakrzyknął z oburzeniem Ignacy Grzegorz, szamocząc
się bezsilnie, rozpłaszczony na murze jak mucha.
- Przykleiła
mi się sama, o, tu!! - warknął Józef, dźgając się
w wargę paluchem. - Buzi się jej zachciało! - docisnął
Ignasia
potylicą do ściany i rzucił mu wzgardliwie w twarz: - Napisz
dla niej SONECIK!
W tym momencie Ignacy Grzegorz ujrzał przed oczami falującą,
czerwoną płachtę furii, w uszach posłyszał łomot swego serca, zaś jego prawa
ręka całkiem samoczynnie, instynktownie i pozarozumowo walnęła prosto w tę
szyderczą, piegowatą gębę.
Uderzenie, choć niezamierzone, okazało się wielce skuteczne.
W prawej bowiem ręce Ignaś przez cały czas zaciskał garnuszek emaliowany, który
miał odstawić na suszarkę. Przy dzwonił nim Józefowi tak, że aż trzasnęło.
Rozległ się okrzyk i krótkie przekleństwo, a kuzyn wreszcie się odsunął,
porzucając mopa. Stał bez ruchu, trzymając się oburącz za nos, a spomiędzy
palców zaczęła mu kapać krew.
116
Na ten łoskot, rumor
i krzyki do kuchni wpadła przerażona babcia, za nią dziadek, a w końcu mama
Ignasia. Otoczyli rannego, zaczęli biadać i obmacywać mu boleśnie nos,
sprawdzać, czy został złamany (nie został), tamować krwawienie i oczywiście
pytać na wyprzódki, co się stało. Dziadek pierwszy skojarzył podstawowe fakty,
wodząc wzrokiem od jednego dyszącego wnuka z garnkiem w dłoni, poprzez kałuże
wody, do drugiego, z krwotokiem. Ale zanim zdołał ubrać swe wnioski w słowa i
wdrożyć postępowanie śledcze, Józinek zdecydował się odpowiedzieć na zadawane
mu w kółko pytanie.
-Nic takiego - rzekł dumnie, odejmując ręce od twarzy i
ukazując niewinne, jasne oczy. - Walnąłem głową w blat. Jak wszyscy. - I
wyszedł.
” (Wydanie 1,2012
Musierowicz
Małgorzata McDusia Strony. 113 do 116Wydawnictwo AKAPIT PRESS 93-410 Łódź,)
No jak
widać sprzątanie nie zawsze się kończy dobrze. A swoją drogą polecam książki
tej autorki Lubię w nich ten chumor słowno-sytuacyjny.