wtorek, 2 grudnia 2014

inni o sprzątraniu część 1


Jak na tego typu bloga przystało, nie będę pisywał tylko o moich wyczynach ablucyjno – konserwujących, ale też przytoczę od czasu do czasu, to, co napisali inni. Oto, co o sprzątaniu napisała Małgorzata Musierowicz w swojej książce pt.: McDusia. „Zmywarka przestała działać, bo jej się zapchała pompa. Babcia obciążyła winą dziadka (obraził się i poszedł sobie), po czym zapędziła wnuków do sprzątania kuchni. Przez całe pół godziny Ignaś i Józinek pracowali w kompletnej ciszy. To, że milczał Józef, było rzeczą zwyczajną. Ignacy Grzegorz natomiast, po tej rewelacji z pocałunkiem, całkiem nietypowo się zaciął i postanowił, że ani słówkiem nie muśnie nurtującego go problemu. Nurtował on go jednak tak bardzo, że przy nim wszystkie inne problemy i tematy blakły, toteż w gruncie rzeczy cierpiący Ignaś nie miał nawet, o czym mówić z kuzynem.

114

 Józef sam wybrał zmywanie; stwierdził, że to dopiero jest dynamiczne zajęcie (a pan poeta niech raczej delikatnie pucuje szklaneczki czystą ściereczką). Nalał dużo gorącej wody do zlewozmywaka, chlusnął detergentem, po czym rozebrał się do podkoszulka i energicznie, z trzaskiem oraz hukiem, chlapiąc na wszystkie strony jak pies w sadzawce, zaczął szorować naczynia oraz garnki. Ignaś płukał je na bieżąco w drugiej komorze zlewu, po czym ustawiał na suszarce lub wycierał. Sprawnie im to szło, tylko, że co chwila obijali się o siebie bokami lub łokciami. Józef, w ferworze działania, nawet tego nie zauważał - parł w robotę jak czołg. Natomiast w subtelnym Ignacym rosła z wolna irytacja. Każde bezceremonialne szturchnięcie twardym łokciem powodowało w nim wzrost niezwykłej u niego agresji; odbierał je, bowiem jak dotkliwe naruszenie własnej cennej odrębności. Jak to poeta.

Na szczęście wreszcie skończyli; tyle że trzeba było oczywiście przetrzeć wokół zlewu zalaną posadzkę i Józinek ochoczo złapał za mopa. Z rozpędu plasnął mokrymi sznurkami po skarpetkach kuzyna i wtedy to właśnie Ignacy Grzegorz poczuł, że przepełnia się w nim jakaś czara.

-              Hej! - zakrzyknął ostrzegawczo. - Nie możesz uważać? Kuzyn podniósł oblicze, pełne pracowitego zapału.

-              To weź te platfusy - odparł krótko.

-              Skąd mam wziąć te platfusy i gdzie?

-              Kawałek dalej, lelosiu.

-              Lelosiu!!!... - Nie cierpię tego słowa!

-              Co jest, gwary poznańskiej nie lubisz?

-              To ma być słowo gwarowe?!

-              Tak samo jak miągwa.

-              Leloś! Miągwa! Dość mam tego! A ty co niby jesteś, wielki

macho, tak? - wypłynęło z Ignasia na fali goryczy to, co właśnie

zamierzał ukryć.

-He? Ja? Jaki znów macho? - zdziwił się kuzyn i ponownie chlapnął mu mopem przez skarpetki, obserwując, jak Ignaś

115

 znów podskakuje. Wyglądało to tak bardzo na działanie celowe, że w poecie wezbrała purpurowa fala gniewu. Drań nawet nie wiedział, że jest macho!

-A podobno, jak  cię  dziewczyna  pocałuje,   to  uciekasz

-              prawda to? - zawołał szyderczo, z drżącymi ustami.

Teraz wściekł się Józef. Przewracając wiadro oraz dwa stołki, jednym skokiem znalazł się przy Ignacym i wcisnął mu kij od mopa pod żebra.

-              Coś ty powiedział?!

-Weź to ode mnie, weź to ode mnie! - zaprotestował Ignacy Grzegorz, czując, że pomyje znów mu kapią w klapki.

-              Przebijesz mi płuco! Płuco!! Płuco!!!

Ale kuzyn tylko wzmógł nacisk, pchając Ignasia mopem pod ścianę i pomagając sobie przedramieniem drugiej ręki, przyłożonym do gardła ofiary.

-              Uciekam?! - ryknął mu w nos. - Ta baba kłamie!

-Puść! - zakrzyknął z oburzeniem Ignacy Grzegorz, szamocząc się bezsilnie, rozpłaszczony na murze jak mucha.

-              Przykleiła mi się sama, o, tu!! - warknął Józef, dźgając się

w wargę paluchem. - Buzi się jej zachciało! - docisnął Ignasia

potylicą do ściany i rzucił mu wzgardliwie w twarz: - Napisz

dla niej SONECIK!

W tym momencie Ignacy Grzegorz ujrzał przed oczami falującą, czerwoną płachtę furii, w uszach posłyszał łomot swego serca, zaś jego prawa ręka całkiem samoczynnie, instynktownie i pozarozumowo walnęła prosto w tę szyderczą, piegowatą gębę.

Uderzenie, choć niezamierzone, okazało się wielce skuteczne. W prawej bowiem ręce Ignaś przez cały czas zaciskał garnuszek emaliowany, który miał odstawić na suszarkę. Przy dzwonił nim Józefowi tak, że aż trzasnęło. Rozległ się okrzyk i krótkie przekleństwo, a kuzyn wreszcie się odsunął, porzucając mopa. Stał bez ruchu, trzymając się oburącz za nos, a spomiędzy palców zaczęła mu kapać krew.

116

 Na ten łoskot, rumor i krzyki do kuchni wpadła przerażona babcia, za nią dziadek, a w końcu mama Ignasia. Otoczyli rannego, zaczęli biadać i obmacywać mu boleśnie nos, sprawdzać, czy został złamany (nie został), tamować krwawienie i oczywiście pytać na wyprzódki, co się stało. Dziadek pierwszy skojarzył podstawowe fakty, wodząc wzrokiem od jednego dyszącego wnuka z garnkiem w dłoni, poprzez kałuże wody, do drugiego, z krwotokiem. Ale zanim zdołał ubrać swe wnioski w słowa i wdrożyć postępowanie śledcze, Józinek zdecydował się odpowiedzieć na zadawane mu w kółko pytanie.

-Nic takiego - rzekł dumnie, odejmując ręce od twarzy i ukazując niewinne, jasne oczy. - Walnąłem głową w blat. Jak wszyscy. - I

 wyszedł.

” (Wydanie 1,2012

 Musierowicz Małgorzata McDusia Strony. 113 do 116Wydawnictwo AKAPIT PRESS 93-410 Łódź,)

                No jak widać sprzątanie nie zawsze się kończy dobrze. A swoją drogą polecam książki tej autorki Lubię w nich ten chumor słowno-sytuacyjny.