Któregoś dnia przyszedł dzień, że przywieść mi miano
komputer – na potrzeby naszego blogu dodam tylko, że nie był to komputer typu
laptop, tylko stacjonarny, a co za tym idzie trzeba było gruntownie posprzątać kąt,
w którym miał się znajdować. Najpierw
odbyło się odkurzanie odkurzaczem za pomocą szczotki typu turbo. Odbywało się warczenie
przy tym typu mielenie. A że praca ma miejsce wiadomo było po przemieszczających
się ziarenkach tak zwane rusowanie. Bo nie zawsze to ma miejsce, zwłaszcza przy
tych nowych szczotkach, bo się łatwo zapychają, a ciężko odpychają, nie jak
magnesy, ale jednak. Następnie nastąpiło wstawienie stolika, na którym miał się
znajdować komputer. Dokładnie go umyto wodą z płynem i wytarto papierowymi
ręcznikami. I tu nastąpił proces odwrotny do tego, jaki jest opisywany na tym blogu,
a mianowicie zaczęto robić totalny bałagan. Wyciągano z pudeł różne skrzyneczki
kabelki i styropiany i zaczęto je łączyć ze sobą, tak, aby stanowiły spójność –
to znaczy kabelki ze skrzyneczkami, a styropiany z kartonami. Te pierwsze po
to, aby zagrało, napisało ewentualnie odczytało, a te drugie, aby jak najmniej
miejsca zajmowały. No i po dwóch godzinach
się udało. I w nagrodę spożyto pizzę. A następnie, żeby była równowaga w
przyrodzie, odbyło się mycie i dezynfekcja toalety, ale o tym to pisałem na
jednym z pierwszych blogów i nie chcę się powtarzać. W tym tygodniu miała
miejsce wymiana ostatnich starych żarówek żarowych na gazowe. Dają na nie rok
gwarancję, ciekawe, czy wytrzymają. W sypialni na pewno, bo się rzadko zapala
światło, ale w kuchnie mogą nie dać rady, bo często się pali i gasi. W pokoju
już świecą osiem miesięcy jeszcze cztery i po gwarancji. Ale może będą świecić
i dziesięć, kto je tam wie.