piątek, 23 stycznia 2015

Nieśmiertelna Frania.

W poprzednim poście pisałem o sprzątaniu w przeszłości i współcześnie. Dzisiaj chciałbym porównać nasze sposoby prania z zabiegami naszych rodziców i dziadków.
Każdy z nas mógłby tu opowiedzieć inną historię, o tym jak prało się w czasach jego dzieciństwa. Ja pamiętam pralkę marki Frania, czyli otwartą beczkę, do której można było zaglądać w trakcie prania. W całym domu unosił się niezbyt miły zapach podgrzanych ubrań wymieszanych z detergentem, to jest proszkiem Ixi. Po praniu, mama bądź babcia włączały funkcję „wirowania”, czyli wyżymały ubrania za pomocą dwóch wałków umieszczonych nad pralką. Kiedy o tym wszystkim pomyślę, to dziś mamy naprawdę dobrze. Pranie sprowadza się do kilku prostych czynności, które zajmują trzy minuty. To, co dla nas jest zwykłą wymianą ręczników czy firanek, trzydzieści lat temu było okupione ciężką pracą.
W przeszłości ludzie inaczej radzili sobie także z odkurzaniem i praniem dywanów. Jak już wspominałem wcześniej, w PRL nie można było obejść się bez trzepaka i trzepaczki. To pierwsze, to rusztowanie, na którym rozwieszano dywany, a to drugie narzędzie do uderzania o dywan w celu pozbycia się kurzu. Efektywne trzepanie wymagało kilkunastominutowej wytężonej pracy fizycznej w zadymieniu. Nie było to dobre ani dla kręgosłupa, ani dla płuc. Moja mama miała też swój sposób na pranie dywanów. Kiedy spadł śnieg, kładliśmy na nim dywany włosiem na dół i wtrzepywaliśmy brud w biały puch. Dziś wystarczy zawieść dywan do czyszczenia lub zastosować odpowiedni środek. 
Kiedy następnym razem pranie pościeli lub dywanów  wyda wam się nużącym zajęciem, pomyślcie o tym, jak musieli radzić sobie wasi przodkowie.