Każdy z nas mógłby wyliczyć te obowiązki domowe, które najchętniej zostawiłby komuś innemu, oraz takie, które wykonuje bez wysiłku, a niekiedy nawet z przyjemnością. Dla mnie najbardziej niewdzięczną pracą jest szorowanie trudno dostępnych, mocno zabrudzonych zakamarków. Natomiast zajęciem, które zdecydowanie lubię najbardziej jest sprzątanie łazienki. Pomieszczenie to w moim domu składa się głównie z płaskich powierzchni łatwych do czyszczenia, wszystko co można schowane jest w szafkach i schowkach.
Sprzątanie łazienki zaczynam od starcia kurzu z kinkietu nad lustrem, pralki i półki nad stelażem toalety. Następnie czyszczę lustro za pomocą płynu do szyb lub roztworu kwasku cytrynowego i wycieram je do sucha ręcznikiem papierowym. Potem przychodzi pora na ‘chlapiące’ czynności, czyli mycie toalety z zewnątrz oraz umywalki i kabiny prysznicowej. Muszlę klozetową przecieram nawilżoną gąbką, a do reszty stosuję płyn do łazienek lub roztwór octu. Do wnętrza muszli wlewam ekologiczny płyn do toalet i pozostawiam go tam na kilkanaście minut, żeby mógł zadziałać. W tym czasie przecieram płytki na ścianie wilgotną ściereczką i myję podłogę mopem zwilżonym wodą z detergentem. Czyszcząc urządzenia sanitarne zachlapujemy podłogę, dlatego ważna jest kolejność sprzątania. Gdy podłoga wyschnie, szoruję wnętrze muszli klozetowej szczotką i pozostawionym tam płynem do toalet, po czym spłukuję.
Łazienka jest już czysta, pozostaje więc tylko uzupełnić mydło w płynie w dozowniku i wymienić ręczniki na świeże. Tak wygląda mój cotygodniowy sobotni rytuał sprzątania. Nie trwa to zbyt długo, za to efekt jest zauważalny. W takiej łazience przyjemnie jest wziąć odprężający prysznic i otulić się pachnącym ręcznikiem…