Po ciężko przepracowanym
tygodniu zaplanowałam w sobotę trochę poleniuchować. Spałam dłużej niż zwykle.
Gdy już się obudziłam to nie chciało mi się wstawać. Leżąc słuchałam radia,
słoneczko świeciło mi przez okna dachowe. Właśnie patrząc na okna wydawały mi
się brudne, jakieś zamazane. Kiedy je myłam… na pewno dwa tygodnie temu…? A
nie, nie. A może trzy cztery tygodnie…? Też nie. To musiało być dawno, dawno
temu. Słońce się uśmiecha przez brudne okna do mnie, a ja nie mam ochoty do
wielkich porządków. Wszyscy domownicy już powstawali i skupili się w kuchni.
Nie obraziłabym się jakby ktoś przyniósł mi kawę do łóżka. W końcu wyskoczyłam
z łóżka z mocnym postanowieniem na odpoczynek. W kuchni szyby też są jakieś
przykurzone, firanki zmieniły kolor. Te okna prześladują mnie od samego rana. Odpocznę
jednak w niedzielę, a teraz zabieram się za nieplanowaną pracę. Mycie okien to
nie filozofia, ale napiszę jak ja to robię. Nalałam do wiaderka ciepłej wody z
płynem do naczyń i wzięłam ściereczkę. Także przygotowałam mleczko do czyszczenia
w razie jakiś plam na ramie okiennej. W pierwszej wodzie z płynem myje okna z
futrynami, następnie biorę czystą wodę i powtarzam czynność. Do trzeciej wody
nalewam octu od razu polerując ręcznikami łazienkowymi, zwykłymi gazetami lub
pieluchą. Tą czynność najbardziej nie lubię. Usuwanie smug ze świeżo umytych
szyb wydaje się pracą, jeśli nie syzyfową, to przynajmniej benedyktyńską.
Pojawiają się znienacka, gdy tylko słońce schowa się za chmury. Tak oto
walczyłam z oknami przez cały dzień z małą przerwą na ugotowanie obiadu.
Wieczorem uprasowałam i powiesiłam nowe firanki.