Dziś będzie o sprzątaniu
ekstremalnym, czyli o wyzwaniu podobnym do tego, któremu musiał sprostać
Herakles w stajni Augiasza. Jeżeli ktoś z was przeżył coś podobnego, to
zrozumie, o czym piszę. Historia ta wydarzyła się w moich czasach studenckich,
w jednym z mieszkań, które wynajmowałem z przyjaciółmi. Właściciel poinformował
nas, że poprzednimi lokatorami byli studenci płci męskiej, którzy nie dbali
zbytnio o czystość na stancji. Mieszkanie rzeczywiście nadawało się do
gruntownego sprzątania, ale stwierdziliśmy, że damy radę. Kiedy wreszcie
otrzymaliśmy upragnione klucze, postanowiliśmy rozejrzeć się po naszym nowym
lokum w poszukiwaniu jakichkolwiek cennych pozostałości po poprzednich mieszkańcach.
Jedynym spadkiem po chłopakach był jednak kubeczek z drobniakami i lista
zakupów, na której widniały trzy pozycje: wódka, chleb i witaminy. Znalezisko
to, tak wiele mówiące o stylu życia owych studentów, było zapowiedzią tego, co
czekało nas w najbliższych dniach.
Na początku sprawa wydawała się
prosta: trzeba wyczyścić meble, podłogi i płytki z brudu nagromadzonego przez
kilka lat. Kiedy jednak zabraliśmy się do pracy, zdaliśmy sobie sprawę, że
łatwiej byłoby wszystko zedrzeć, albo za przykładem Heraklesa, skierować tutaj
koryto rzeki. Mieliśmy wrażenie, że ta warstwa brudu przyklejonego do
wszystkiego w mieszkaniu jest odporna na ścieranie. Gdyby nie pomoc rodziców i
znajomych, którzy godzinami pieczołowicie zeskrobywali razem z nami tę dziwną
substancję, chyba nigdy nie zadomowilibyśmy się w naszym mieszkaniu.
Odkurzanie, trzepanie i ścieranie na mokro tapczanów trzeba było powtarzać
seriami. Do tego jeszcze ten okropny duszący zapach, przez który nie można było
spać w nocy. W mieszkaniu zrobiło się znośnie po tygodniu intensywnych prac,
ale przyjemnie nie było jeszcze długo.